Czym jest miłość?
Casting, od którego zaczęła się przygoda Matyldy Giegżno z filmem Światłoczuła, nie przypominał żadnego, w jakim dotąd brała udział. Zamiast prezentacji umiejętności aktorskich, pojawiło się jedno pytanie: „Czym dla ciebie jest miłość?”. Aktorka – jak sama przyznaje – długo się zastanawiała, czy przygotować odpowiedź. Ostatecznie powiedziała to, co w danym momencie czuła. – Zastanawiałam się, czy się przygotować, czy ułożyć sobie odpowiedź – wspominała. – Ale w końcu nacisnęłam nagrywanie i powiedziałam, co czuję w tej chwili. Do dziś mam to nagranie, obejrzałam je dopiero po premierze i odpowiedziałabym już inaczej. To takie pytanie, na które nie ma jednej definicji, można odpowiadać codziennie na nowo.
Okazało się, że nagrań były setki. Aktorka zdradziła, że reżyser Tadeusz Śliwa oglądał je w trudnym momencie swojego życia. –Podkreślał, że kiedy ktoś dziś twierdzi, że młodzi ludzie nie wiedzą, czym jest miłość, on mógłby się z tym mocno spierać. Materiał, który otrzymał, był dla niego wyjątkowo wartościowy – mówiła.
Rola, którą otrzymała, wymagała od niej czegoś więcej niż zazwyczaj. Agata, jej bohaterka, straciła wzrok w wieku czterech lat. To oznaczało tygodnie przygotowań – od treningów z Polskim Związkiem Niewidomych, po spotkania w domach osób, które straciły wzrok. Opowiadała o poruszaniu się z białą laską jak o nauce choreografii – otwieranie drzwi, orientowanie się w przestrzeni, każdy detal był częścią tej nauki. – Myślałam, że to proste. A to cała sztuka. Trzeba było się tego nauczyć od podstaw – podkreślała. Jednocześnie zaznaczała też, że film od początku miał być historią o miłości, nie o niepełnosprawności. – Ślepota Agaty to tylko cecha. Jak kolor włosów czy wzrost. Nie definiuje jej – opowiadała.
Nie tylko treningi ją przygotowały. Spotykała się z osobami niewidomymi. Zaprosili ją do swoich domów, rozmawiała z nimi przy kawie. – Czułam się trochę jak podglądacz, bo tylko ja widziałam. Ale to była ogromna lekcja wdzięczności, bo oni otworzyli przede mną swój świat – wspominała.
Prowadzący Artur Zaborski podkreślił, że podczas seansu zwrócił uwagę na jej spojrzenie. Gałka oczna pozostawała nieruchoma, wzrok zawieszony gdzieś poza kadrem. – Nie wiem, jak to zrobiłam. Ćwiczyłam w domu przed lustrem, próbowałam „wyłączyć ostrość” i skupiać się na innych zmysłach. I w pewnym momencie to się po prostu wydarzyło, weszło w ciało – wyznała Matylda.
Ważnym tematem była też reprezentacja. Coraz częściej słychać postulaty, że role osób z niepełnosprawnością powinni grać aktorzy z niepełnosprawnością. – Miałam takie obawy – przyznała. – Ale to nie była moja decyzja. Jedyne, co mogłam zrobić, to zagrać tę postać jak najuczciwiej.
Spotkanie podsumowały pytania widzów. Jedno z nich dotyczyło pracy z Anetą Jankowską, choreografką, która wprowadzała aktorów w proces głębokich medytacji. – Zapraszaliśmy swoje postacie do siebie, poznawaliśmy je przez symbole, kolory, ruchy. To była dla mnie zupełnie nowa metoda, ale też niezwykle cenna – wspominała Matylda.
Ola Pruszyńska


