Z obiadem u teścia
Ostatni dzień festiwalu to również ostatnie spotkania z ludźmi filmu. Widzowie Nowosolskiego Domu Kultury spędzili niedzielne popołudnie w towarzystwie trzeciej części „Teściów”, a po seansie wzięli udział w spotkaniu z występującym w nich Adamem Woronowiczem.
– Nikt nie planował, że tak to się potoczy, gdy jeszcze trwała ta pierwsza covidowa zima i powstawała pierwsza część. Najważniejsze, że Marek Modzelewski pisze. Ostatnio z nim rozmawiałem, jak pisał czwórkę, to śmieję się, żeby już myślał o szóstce. Do „Listów do M” jeszcze doszlusujemy – tak aktor żartował o rozwoju serii.
– Komedia to ciężki kawałek chleba, to tak naprawdę dramat, w którym się z ciebie śmieją. Teksty są oczywiście inne, postacie też, a reszta działa tak samo. Ta komedia – dla naszych postaci – jest jednak dramatem, w którym żyją – wyjaśniał aktor kulisy swoich ról.
– Nagrałem się Hepnerów i innych postaci mrocznych, znudziłem się. Kiedy przyszła do mnie ta rola Tadka, to wydawało mi się, że Polsce przyda się wentyl, by to spuścić powietrze, więc czemu by jej nie przyjąć? – kontynuował.
Zapytany, czy nie boi się, że role komediowe zaszufladkują go i ograniczą dostępne mu angaże, odpowiedział:
– Dwadzieścia lat temu, kiedy startował film „Popiełuszko. Wolność jest w nas”, otrzymałem dokładnie to samo pytanie. Powiem tak, strach zawsze jest, dla niektórych moich sąsiadek nadal jestem księdzem Jerzym. My aktorzy nie mamy na to wpływu, trochę tak jak kiedyś wszyscy górale chcieli się tłuc z Perepeczką. Może dlatego wyjechał do Australii – żartował Woronowicz.
Wspomniał też wspólną anegdotę ze Stanisławem Tymem – Pokazuje nam cztery bruliony i mówi:
– To jest „Miś”, chodziliśmy i spisywaliśmy absurdy. W 1982 roku, po premierze recenzje to była kloaka, „Miś” został zjechany. Gdyby mi ktoś czterdzieści lat później powiedział, że to będzie film kultowy, nigdy bym nie uwierzył. Mija ten czas, minęło pokolenie, pojawia się pytanie, co po nas zostanie. Panowie, ja nie wiem, co po nas zostanie – relacjonował Woronowicz.
Dodał po tym:
– Wykładowcy mówili, żebym robił wszystko, by być potrzebnym. Czy jestem potrzebny? Nie wiem. Moja rola w „Teściach” to pewien rodzaj skrętu, ale dobrze się w nim czuję. Gram też ostatnio mroczniejszą postać, podobno ludzie płaczą, wzruszają się. Nuda.
Opowiadał również o rozmowach z reżyserem odnośnie wulgarnego rysunku na czole Macieja Mecwaldowskiego w „Teściach 3”:
– Zastanawialiśmy się, czy to już nie przekroczenie granicy. Kuba powiedział: Chłopaki, zaufajcie mi, Wojtek się zgodził, a jak on się zgodził, to zadziała – wspominał i – rzeczywiście – cała sala się śmiała.
Padła również dyskusja odnośnie radzenia sobie wobec humoru, który niektórych ludzi uraża i jak pisać komedię nie wywołującą u widzów poczucia przykrości:
– W „The Office PL” mamy coś takiego co sezon. Była taka obawa, jak dostałem monolog, że za moich czasów nie było LGBT, tylko KGB. Zawsze staramy się śmiać przede wszystkim z siebie, a nie kogoś. To jest oczywistość, że jak jesteś aktorem komediowym, to śmiech i ewentualne odium bierzesz na siebie.
Przemysław Gładkojć


