Baśń Zielonogórska – memoriał Joanny Kołaczkowskiej i Stanisława Tyma
17. edycja Solanin Film Festiwal wyznacza 17 lat offowej historii – pełnej śmiechu, wzruszeń, ale w tym roku też zadumy, w jaką wprawia myśl o tych, którzy nas opuścili. Dzisiejszy seans „Baśń o ludziach stąd” połączył na ekranie dwie ikony – kabaretową hrabinę, Joannę Kołaczkowską oraz Stanisława Tyma, nadwornego aktora Stanisława Barei.
Prezentowany film Władysława Sikory toczył się na spauperyzowanych obrzeżach Zielonej Góry, rządzonej przez wszechwładnego „Prezesa” (w tej roli właśnie Stanisław Tym). Baśń-komedię osnuto wokół piątki głównych bohaterów (pośród nich Joanna Kołaczkowska) oraz drogocennego pierścienia, którego pożąda wspomniany już bonza.
Na spotkaniu po seansie Małgorzata Szapował, odtwórczyni roli Natalii, tak wspominała pracę z Tymem:
– Ze Stasiem znaliśmy się od czasów kabaretowych, kiedy zasiadał jako juror na różnych konkursach. Bardzo serdeczny i sympatyczny mężczyzna, w pracy był nie tyle apodyktyczny, bo on nerwowy nie był; ale kiedy coś mu nie pasowało, to zapadała cisza, nadymał się, machał ręką, wychodził, wracał i mówił: „Słuchajcie, matołki, tak ma być!”.
– Miał bardzo specyficzne poczucie humoru. Trudno było za nim nadążyć tym, którzy nie pisali dużo własnych żartów. Pytali się, dlaczego mają się ustawiać, mówić tak i akurat tak; czy nie można tego zrobić inaczej. On się czerwienił i pytał się: „Jak to inaczej? Kto tu jest reżyserem?” – kontynuowała aktorka.
Wspominała również zmarłą Joannę Kołaczkowską:
– Wprowadzała na plan najwięcej spontaniczności, rzucała cały czas nowymi puentami i powiedzonkami. W „Baśni” pada np. „szczurza morda”, „szczurza mordo”, „szczura morda”… – mówiła w nawiązaniu do filmu.
– Aśka to w ogóle był wulkan nie do okiełznania. „Sikor” [Władysław Sikorski, reżyser „Baśni o ludziach stąd”, przyp. red.] też miał głowę do takich drugo-, trzecioplanowych detali, więc często trzeba było z nimi kręcić po dwie wersje sceny – jej i „Sikora”. Na koniec zawsze jednak wchodziła ta Aśkowa.
Pracę nad samym filmem, nakręconym w intensywnym tempie za jedynie 20 tysięcy złotych, zapamiętała jako bardzo wymagającą:
– Już w trakcie przygotowań wiedzieliśmy, że poza przerwami nie będzie czasu na żarty. To była orka od 6 rano do 23. Najwspanialej na planie wspominam ostatni dzień, kiedy wiedzieliśmy, że to koniec i nie będzie już kolejnych zdjęć.
Małgorzata Szapował zachowała też w pamięci chwile pogodniejsze:
– To środowisko, gdzie każdy chce coś spuentować. Wspominasz coś o dzieciństwie przy obiedzie i zaraz ktoś ma skojarzenie, by wyjść z jakąś serdeczną zaczepką. Lubimy żartować, ale kiedy jest dużo pracy, to umiemy się jednak spiąć – podsumowywała pracę.
Przemysław Gładkojć


