Doktor Korek i Profesor Schuchardt

Po popołudniowym seansie „Utraty równowagi” odbyło się spotkanie widzów z jego reżyserem, Korkiem Bojanowskim. Autor głośnego, fabularnego filmu o mobbingu w szkołach aktorskich opowiadał na scenie Nowosolskiego Domu Kultury o kulisach produkcji:

– Naszym marzeniem jako artystów jest przekraczać granice, wiele takich osób spotykałem również pośród aktorów. Gdy tak zwana metoda wymyka się jednak kontroli, idea przekraczania granic ulega wypaczeniu, zamieniając się w przemoc – tak Bojanowski tłumaczył, dlaczego właśnie ten temat wybrał na swój debiutancki film.

Przygotowując się do produkcji przeprowadził on dwadzieścia kilka rozmów z ludźmi mającymi za sobą doświadczenie przemocy, mobbingu oraz molestowania ze strony wykładowców i kolegów (tzw. fuksówki). Nie chcąc nadużywać zaufania ofiar, podjął się on rozmów dopiero, kiedy uzyskał już finansowanie i miał gotowy scenariusz:

– Te 20-30 rozmów było trudnych, choć bardzo wylewnych, bo moi rozmówcy często mieli jednak za sobą terapię i minął pewien margines czasu od tych wydarzeń – mówił.

Wpłynęły one na ostateczną formę filmu. W miarę przygotowań scenariusz odchodził od jawnej przemocy ku tej psychicznej:

– Aktorzy opowiadali mi o zajęciach, gdzie ludzie byli bici. Jedna dziewczyna w ciągu miesiąca dwukrotnie wracała z zajęć zalana krwią. Pierwsza rzecz, jaką zrozumiałem po tych rozmowach, to, że nie chciałem filmu, gdzie przemoc przyjmie charakter otwarty – zależało mi bardziej na ukazaniu tej manipulacji, jaka dokonuje się w białych rękawiczkach – tłumaczył dalej.

Aktorzy, którzy zagrali w „Utracie równowagi” mieli mieszane podejście do przemocy. Starsi aktorzy jak Tomasz Schuchardt i Tamara Arciuch doświadczali jej osobiście. Relacjom tej drugiej film zawdzięcza rozpoznanie mechanizmu kozła ofiarnego – nauczyciel wyłania z grupy osobę do mobbingowania, a pozostali studenci nie interweniują, ponieważ prześladowana koleżanka odciąża innych od negatywnych zachowań ze strony wykładowcy. Reżyser wyjaśniał:

– Ci wykładowcy świadomie wykorzystywali hierarchię, żeby się wyżyć. Inne przypadki ich nadużyć można było później bagatelizować mówiąc: O co masz pretensje, skoro Tamara miała przecież gorzej?

Część aktorów grających w filmie należy jednak do okresu przemian na uczelniach. Mikołaj Matczak i Oskar Rybaczek byli ostatnim rocznikiem zaczynającym w czasach fuksówki, młodszych kolegów oraz koleżanki ta trauma ominęła. Zdaniem Bojanowskiego nie wpłynęło to negatywnie na ich zaangażowanie – Moi aktorzy czuli zobowiązanie wobec tych, którzy przemocy doświadczyli, był to dla nich pewien hołd złożony starszym pokoleniom.

Mało brakowało, a Tomasz Schuchardt nie trafiłby do filmu. Na miesiąc przed zdjęciami, pierwotny odtwórca roli Jacka zrezygnował i ekipa filmowa musiała szukać zastępstwa. Największą gotowość wykazał właśnie Tomasz Schuchardt, przyjeżdżając na zdjęcia próbne bez gwarancji angażu:

– Kazałem każdemu z aktorów sporządzić listę ludzi, z którymi chcieliby idealnie zagrać. Tomasz pojawił się na tej liście u wszystkich. Dużo to ułatwiło, bo dzięki temu nie musieliśmy budować mu ekranowego autorytetu od zera – chwalił aktora Korek Bojanowski.

Premiera filmu wzburzyła wszystkie strony dyskursu o mobbingu aktorskim. Padały słowa krytyki, ale też pochwały i podziękowania:

– Muszę wziąć odpowiedzialność za temat, który poruszam. a niechęć ze strony części środowiska to coś, z czym się liczyłem. Dla mnie jako debiutanta, szczerość to najlepsza waluta, jaką mogę widzowi zaoferować. Po premierze otrzymywałem długie wiadomości od moich rozmówców z czasu przygotowań. One uświadomiły mi, że to, co stworzyłem ma sens.

Przemysław Gładkojć

Poniżej możecie również przeczytać recenzje „Utraty równowagi”.

Moment Makiawela

Gdy w amerykańskim serialu przychodzi moment na pokazanie szkolnego przedstawienia, możemy być pewni, że nieomylnie uświadczymy monologu Hamleta, ewentualnie Romea wystającego pod balkonem, (jeśli to szkoła średnia). Tymczasem u nas przerabia się Makbeta. W Polsce “być albo nie być” mógłby wołać co najwyżej Pezet, ale nawet on nawija „mieć czy być?”, kiedy my zanurzamy się w lekturze o przemocy i ambicji władzy.

Szczęście w nieszczęściu – polska edukacja nie jest ani zbyt udolna, ani tym bardziej wydolna, więc wieść, że na aktorskim dyplomie jednak będzie Makbet, bohaterowie z „Utraty równowagi” przyjmują bynajmniej bez wielkiego entuzjazmu. Kończą studia aktorskie, a na ich zaliczenie mieli przygotowaną zupełnie inną sztukę, z innym prowadzącym. Jakby było mało, że Makbet miejsce na scenie sobie uzurpuje sobie (niczym tytułowy bohater tron), to nowy reżyser na uniwersytet przybywa tylko dlatego, że z teatru oddalono go na czas postępowania mobbingowego. Z takiej zmiany nikt się nie cieszy – za wyjątkiem Mai.

Grana przez Nel Kaczmarek bohaterka niczym duński królewicz chce się już żegnać z aktorskim światem, który nieśmiałej studentce nazbyt zdaje się smutny oraz okrutny. Nowa sztuka to dla niej jednak nowa okazja, a diaboliczny w swych zabiegach Jacek (w tej roli Tomasz Schuchardt) doskonale wie, jak przemienić desperację Mai z powodu do rozpaczy w motor bezwzględnej ambicji.

Korek Bojanowskiego zna i rozumie blaski oraz cienie początkującego aktorstwa – jego zawodowy prekariat, ogromny nakład (nieudanych często) starań oraz trud, by rozhermetyzować środowisko (choćby o samego siebie). Portretowany mobbing jest u niego dużo subtelniejszy, stopniowany, kompetentny (sic!); a przez to wiarygodny oraz znacząco mniej podatny na romantyzowanie w duchu artystycznego masochizmu. Granica między sprawstwem a ofiarnictwem przebiega zaś u niego – tak, jak też często dzieje się w życiu – wyjątkowo nieostro. Czy trauma i pamięć instytucjonalna podtrzymają przemocowe wzorce? Wyganiając Pradę, przegnamy też diabła? Bojanowski inteligentnie w to wątpi.

Bardzo dobrze operuje on też metatekstualną symboliką wystawianych sztuk, wszak cały dramat poprzedza odrzucenie moralistycznego dramatu rosyjskiego, zaś Maja osobowościowo rozpływa się w analogiach do Lady Makbet, co można traktować jako autorską przestrogę przed całkowitym zatraceniem w aktorskim nurcie metodycznym.

„Utrata równowagi” jest przy tym filmem wyjątkowo plastycznym, anektując pod pretensją tematyki teatralnej całą przynależną jej dynamikę, ruchliwość aktorów w obrębie kadru, na dobitkę wzmacniając je intensywnym montażem oraz silną, elektroniczną muzyką. Aktorzy też dopisują – Schuchardt manipulatywny jest jak Woland, a drugi plan pewnie opiera się o diwowatą Angelikę Smyrgałę oraz ziomkowatego Mikołaja Matczaka.

Debiut Bojanowskiego w sposób przebojowy mierzy się z trupami w aktorskiej szafie, ich trupojadami, a nawet wiedźminami, bo w filmie przewija się przecież motyw, że obrona ofiar nigdy nie jest tak szlachetna, jak wtedy, gdy jest ona korzystna. Reżyser dostrzega też, że zawód wymagający przekraczania własnych granic nieuchronnie stwarza okazje do nadużyć. Przy „Utracie równowagi”, miast do Szekspira, uciec należy się do Machiavellego – cel uświęca środki, ale czy ten w sztuce na pewno jest święty?